No i stało się. Jeśli ktoś myślał, że Comandante będzie rządzić niepodzielnie wśród najlepszych ręcznych młynków, to… to po prostu źle myślał! Konkurencja nadchodzi sztormem i czuję, że Kinu M47 to tylko pierwsza fala. Przyjrzyjmy się temu gagatkowi!
Wyjmując M47 z pudełka byłem przekonany, że musi to być japoński sprzęt. Futurystyczny design w srebrno-czarnym macie. No i samo Kinu mogłoby brzmieć jak element ozdobny jakiegoś klasycznego stroju szintoistycznego. Albo instrumentu muzycznego z cedru i jedwabiu. No dobrze, skoro już wszyscy japoniści są zażenowani, ogłaszam: Kinu M47 to młynek zaprojektowany w Niemczech!

Za wyjątkowo nie-niemieckim wyglądem kryje się typowo germańska precyzja i solidność. Mamy do czynienia z czołgiem. M47 waży prawie 1200 gramów. Tyle co 700 jednogroszówek (lub niemal pięć paczek kawy pod przelewy! Przyp. red.). Wszystko wydaje się tu przemyślane, starannie wykonane i stabilne. Czego o jednogroszówkach powiedzieć nie mogę.
Oto trochę technicznej gadaniny
– stożkowe żarna o średnicy 47/32 mm z wysokojakościowej stali wzmocnionej opatentowaną techniką „Black Fusion”; producent gwarantuje najwyższą ochronę przed korozją i rdzą
– bezstopniowa skala regulacji oparta na niezwykle małych odstępach: jeden odstęp = 0.01 mm
Ciekawe rozwiązanie stanowi pojemnik na zmieloną kawę, który mocowany jest do korpusu za pomocą magnesów, a nie gwintu. Szybciej. Łatwiej! Kolejna rzecz, która wywołuje na twarzy uśmiech zrozumienia to umieszczona na górze wypustka na kciuk. Dzięki zblokowaniu palca proces mielenia staje się bardziej płynny i stabilny. Taki niby mały szczegół, a jak cieszy!

Kinu M47 to również stosunkowo szybki koleś. Z 15-gramową porcją do dripa poradził sobie w 28 sekund przy dwóch obrotach na sekundę. Dwa razy dłużej zajęło mu zmiażdżenie dozy do espresso o takiej samej wadze. Zaraz, espresso? Ano właśnie. Młynek z tej półki cenowej musi wypadać dobrze z szocikami. I wypada! O tym za chwilę.
Czyszczenie to też prosta i szybka sprawa:
- Odkręć śrubkę.
- Wyjmij tulejkę.
- Odkręć drugą śrubkę.
- I już.

Najpierw cupping. Potem drip. Na końcu espresso.
W cuppingu parzę Ugandę Mzungu od Rubensa Gardelliego, Kenię Kii z Coffee Republic oraz dwie kawy z Fjorda: Kolumbię Elias Roas natural i Rwandę Macuba. Grubość przemiału i proporcje ustawiam tak, by osiągnąć ekstrakcje powyżej 20%. Bo wychodzę z założenia, że jeśli przy takich wartościach kawa nie zaoferuje wyraźnej, zalegającej goryczki, to młyn jest w deseczkę.
Udało się zaparzyć wszystkie kawy pomiędzy 20.2 – 20.5%. Brak typowej dla nadekstrakcji goryczy. Wszystkie filiżanki oferują przyjemne, głębokie charakterystyki i oddają w pełni swoje owocowe historie.
Do V60 wrzucam z kolei Etiopię Banko Fufuate od Auduna.
doza: 18.5 grama
woda: 300 gramów
czas: 2:50
%EXT: 20.8
Jest słodko, głęboko i przyjemnie. Olé!

W espresso ląduje ponownie Fjord, tym razem w postaci Brazylii Pe de Cedro. Szocik parzy się równo, bez kanałowania, a strumienie szybko zlepiają się w jeden na samym środku. Klasa! W smaku bez zastrzeżeń. Słodko i gęsto. Ekstrakcja 19.8%.
Wyniki mówią same za siebie. Kinu M47 to młynek z najwyższej półki, kwestionujący przynajmniej hegemonię swego rodaka. Idzie postęp, idzie nowe.
I dzieje się to na naszych oczach!








