W ostatnim tekście przedstawialiśmy siedem grzechów głównych kawiarnianego hospitality, a raczej jego braków czy zaniedbań. Wszechświatem rządzą różnego rodzaju prawa wyrównawcze, na przykład zasada zachowania energii czy masy. Z drugiej strony mamy dalekowschodni, ekwiwalentny sposób traktowania codzienności jako pułapki dualizmu. Yin i yang, te sprawy. Dlatego dziś dla balansu, na warsztacie irytujące, nieznośne, będące paliwem dla silników frustracji baristów zachowania klientów. Uwaga: wysoki poziom zgryźliwości. Czytasz na własne ryzyko!

1. Niecierpliwi roszczeniowi

Szczyt ruchu, kawiarnia wypełniona po brzegi, to samo z ogródkiem. W kolejce dwanaście kaw, trzy herbaty, cztery koktajle i sześć lemoniad. Roszczeniowiec składa zamówienie na swoją odtłuszczoną, tylko koniecznie spienioną jak do cappuccino latte z trzema czwartymi espresso. Na wynos. Ale w podwójnym kubku, zamiast uchwytu przeciw oparzeniu.

Od momentu wydrukowania paragonu mija pięć minut. Żwawym, pełnym determinacji krokiem, jegomość podchodzi pod ekspres i ciska piorunami wściekłego spojrzenia na pochłoniętego wirem zamówień baristę.

„JA PRZEPRASZAM BARDZO, PIĘTNAŚCIE MINUT TEMU ZAMAWIAŁEM MOJĄ KAWĘ NA WYNOS!”.

Roszczeniowy Osobnik, dzięki umiejętności zakrzywiania czasoprzestrzeni, jest przeważnie zawsze o krok do przodu przed pracownikiem, gdyż na kulturalną ripostę, wyjaśniającą w skrócie mechanizm oblężenia pełnej kawiarni i tłumaczącą system chronologicznego wydawania zamówień, odpowiada:

„ALE MOJA KAWA JEST NA WYNOS! POZA TYM, JA SIĘ SPIESZĘ!”.

No i co zrobisz? On się spieszy. Ma swoje sprawy. Jego wszechświat jest wszechświatem uniwersalnym. A ty, marny kaworobie, jesteś za wolny w naciskaniu tych swoich przycisków i w ogóle to jest skandal. Te trzy ostatnie słowa Roszczeniowiec burka pod nosem obrażony na cały świat. Po czym zostawia ubrudzoną kawą i resztkami cukru metalową łyżeczkę bezpośrednio na blacie, tuż obok kubeczka z drewnianymi mieszadełkami. Następnie wybiega z kawiarni przysięgając sobie, że jego noga już tu więcej nie postanie.

Hmm… Oby!

Proponowana pokuta: pomyśleć o tym, że na świecie są również inni ludzie, sprawdzić w Wikipedii hasło „empatia”, potrenować w domu układanie Jengi, dowiedzieć się czegoś na temat jakości produktów.

2. Mugole

Tak, mugole z krwi i kości. Mugolscy tak bardzo, że nie znają nawet najbardziej podstawowych magicznych słów. Nie odpowie ci taki na dzień dobry, ewentualnie coś tam sobie mruknie pod nosem patrząc wszędzie, tylko nie w twoje oczy. Mistrzowie krótkich form wypowiedzi oraz równoważników zdań:

  • – „Espresso i szarlotkę.”
  • – „Będzie espresso i szarlotka”.
  • – „Hasło do wifi.”
  • – „Tu się zamawia?”
  • – „Toaleta?”

Otrzymując do stolika zamówienie, są jak skały magmowe. Zastygnięci tak po mistrzowsku, iż umiejętności pozazdrościliby im ci nieruchomi mimowie, dorabiający na miejskich starówkach. Po mieście chodzą legendy, jakoby w 1984 roku niektórym mugolom udało się tego samego dnia uśmiechnąć i powiedzieć „dziękuję”, lecz dnia następnego dostali zakwasów mięśni jarzmowych. Więc wolą już więcej nie ryzykować. Rzecz jasna, opuszczają kawiarnię w milczeniu, za wszelką cenę unikając kontaktu z baristą, który zasuwa po nich krzesła.

Proponowana pokuta: obejrzeć na YouTubie odcinek „Bajkowej Drużyny” o magicznych słowach, odbyć rehabilitację mięśni twarzy, uwierzyć w moc magii oraz lekkości bycia dla siebie miłym i uprzejmym

3. Aroganccy krzykacze

Jeden z najbardziej frustrujących i beznadziejnych typów. To jest ewolucja numeru 2, jak w pokemonach. Wszystko, co w poprzednim grzechu, plus: arogancja, chamstwo i traktowanie pracowników kawiarni z góry. To energia, z której czerpią życiową moc. Przynajmniej w weekend.

Jest duża szansa na to, że będąc pracobiorcami średniego szczebla korporacji, przedzierają się pięć dni w tygodniu przez niezły survival ochrzanów, zawiści, wyścigu szczurów i dedlajnów na wczoraj.

źródło: Adobe Stock

Weekendowy ruch śniadaniowy to idealna okazja na ucieczkę od codziennej rzeczywistości oraz pulsujące źródło ustępu nazbieranych w tygodniu frustracji. Idą do kawiarni, którą znaleźli w rankingu na najlepsze śniadaniownie w mieście.

Po pierwsze,

jesteś tylko nędznym, tym, no jak to się teraz nazywa, no tym barmanem od kawy. Studenciakiem, który musi dorobić do mieszkania albo po prostu życiowym nieudacznikiem. No bo ile to wy tam zarabiacie tych śmiesznych pieniążków za serwowanie nam, Weekendowym Królom Życia, wyciskanych soczków, ekspreso i jajecznicy?

To przeważnie Arogant sobie myśli.

(Choć zdarzają się skrajności: raz byłem świadkiem jak bariści zostali zwyzywani przez jakiegoś szaleńca od „parszywych dzieci komunistów”, tylko dlatego, że poinformowali tego pana, że kawiarnia otwiera się dopiero za pół godziny i potrzebują jeszcze czasu na przygotowanie).

Mimo ewidentnego systemu zamówień przy barze, Aroganci siadają przy stoliku i na całą kawiarnię krzyczą, że chcą „kartę dań”. W każdym zamówieniu dopatrują się błędów i nieścisłości. Uderzają do pracowników na „ty”. No i, rzecz jasna, kwestia czasu oczekiwania na zamówienie za każdym razem wywołuje u nich wściekliznę. Bo oni by chcieli na asapie te jajka.

„ILE TRZEBA CZEKAĆ NA SADZONE? 20 MINUT? CHCESZ MI POWIEDZIEĆ ŻE TYLE CZASU ZAJMUJE WBICIE DWÓCH JAJEK NA PATELNIĘ? A MOŻE W OGÓLE DOPIERO BĘDZIECIE JE ZBIERAĆ OD KUR NA ZAPLECZU?” [w tym momencie rozlega się donośny rechot ich współtowarzyszy]

Na szczęście ten rodzaj istot występuje stosunkowo rzadko. Ale czasem trzeba uważać. W miejscu, które miałem przyjemność współtworzyć, mieliśmy prostą politykę, a każdy pracownik miał przyzwolenie na jej zastosowanie: jeżeli ktoś zachowuje się w tak skandaliczny sposób, zwracamy całość kwoty zamówienia oraz w opanowany sposób komunikujemy jedno krótkie zdanie – „Proszę bardzo, oto pańskie pieniądze, ja za bardzo lubię moją pracę, żeby mi ją psuł ktoś taki jak państwo.”

Proponowana pokuta: spłacić resztę tego 30-letniego kredytu na mieszkanie w nowym budownictwie, wyjechać na miesiąc pomieszkać w lesie, terapia Gestalt po powrocie do miasta

4. Mądrale

Często mam wrażenie, że przyszli do kawiarni bezpośrednio ze sportowego bądź politycznego forum jednego z popularnych portali informacyjnych. Eksperci od wszystkiego, czytaj: od kawy też. Mądrala zamawia espresso przy barze i tu od razu pojawia się pierwszy problem.

Dowiaduje się, że barista nie serwuje jego ulubionej włoskiej mieszanki. Zaczyna się wykład na temat tego, dlaczego włoska kawa jest najlepsza, że w takim razie nie ma w tym miejscu odpowiednich szkoleń. Że jeśli nie ma w menu spalonej na węgiel robusty, która jest najlepsza, bo on taką pił na wakacjach w Livorno, to może chociaż Jamajka Blue Mountain? Też nie ma? No nie! Amatorzy. Wszędzie amatorzy! Nie mieć Dżamajki…

Barista wyczuwa takiego gagatka od pierwszych sekund, więc z dobrej woli serwuje mu espresso z Brazylii, intencjonalnie przeparzając je lekko dla zwiększenia goryczy i body, by kawa stanowiła dla Mądrali choć wątły ersatz toskańskiego raju. Ten wykrzywia wszystkie mięśnie twarzy (swoją drogą mógłby być w tej akurat materii dobrym trenerem dla Mugola) i oznajmia, że kawa jest niepijalna, kwaśna oraz trzy razy za droga.

Wizytę kończy kolejnym elaboratem, w którym stawia retoryczne pytanie: jak to jest, że we Włoszech espresso kosztuje jedno euro, a tutaj dziesięć złotych? Na odchodne rzuca jeszcze parę technicznych wskazówek, porad oraz „eksperckich” bonmotów i prosi o przekazanie właścicielowi, by zastanowił się nad zmianą surowca.

Proponowana pokuta: mniej internetu, więcej książek i rozmów z ludźmi, następne wakacje w Forli z obowiązkową wizytą u Rubensa Gardelliego.

5. Syfiarze

Dwa śniadania, dwie kawy i dwa ciastka. Dwadzieścia pięć minut wizyty. A stolik wygląda jak po całodniowej imprezie urodzinowej pięcioletniego Łukaszka. Łukaszek zaprosił kolegów z wszystkich równoległych klas.

Państwo ulatniają się z jeszcze większą zręcznością, co Mugole. W sporadycznych przypadkach, na milisekundę przed zniknięciem, z ciałem w 98% za drzwiami, rzucają w stronę baru lakoniczne

„Dzięki! Tam się nam tylko trochę wylało!”.

Kiedy przegrywasz z współtowarzyszem zmiany w papier-kamień-nożyce, zaciskasz zęby i idziesz posprzątać, plamy po rozlanych napojach są już ładnie zaschnięte. Szczególnie jak obserwujesz pod słońce. Okruchy po tym pysznym, mokrym brownie idealnie zalepiły szczeliny w drewnianym blacie stolika. Resztki masła, kawałki jajek i skórki od chleba tworzą chaos godny wyobrażenia Jacksona Pollocka. Krzesła odstawione w sposób, jakiego nie powstydziliby się Aroganci. Ale to w sumie dobrze, bo i tak trzeba będzie przelecieć mopem pod stołem.

źródło: Adobe Stock

Tak, racja – klient nie przychodzi do kawiarni czy knajpy po to, żeby sprzątać i zmywać gary, to jasne. Ale jednak z czystym sumieniem ogłaszam, że zostawianie po sobie koszmarnego syfu to praktyka niezwykle… wieśniacka. Po prostu tak się nie robi.

Proponowana pokuta: zgłębić zasady zachowania przy stole, zatrudnić się na miesiąc w knajpie, ewentualnie korzystać ze śliniaczka.

6. Skąpiradła

Dotyczy ich pewien złożony paradoks. Po pierwsze, przychodzą do miejsc, w których stawia się na jakość. A potem są oburzeni, że kanapka zrobiona z naturalnego pieczywa na zakwasie i pełnoprzemiałowej żytniej mąki, ekologicznego koziego sera, pieczonego na miejscu buraka i wysokojakościowej oliwy zamiast masła ma czelność kosztować więcej, niż dziesięć złotych.

„ILE? CZTERNAŚCIE ZŁOTYCH ZA KAWAŁEK CHLEBA I PLASTEREK SERA? NIE NO, TO JUŻ JEST CHYBA PRZESADA, PRAWDA?!”

– piłuje Skąpiradło na cały lokal, a ludzie odrywają się od swoich laptopów, żeby popatrzeć na tę scenę rodem z cyrku.

Po drugie, i to jest naprawdę w naszym kraju absurdalne, kawowe sieciówki są najczęściej droższe od miejsc autorskich. To tak, jakby złapać cheeseburgera w McDonald’s za 20 złotych, a następnie kupić jego odpowiednik w dobrym foodtracku od ziomeczków za 15. I właśnie – jakoś nie zauważam, żeby te same Skąpiradła podnosiły larum z powodu tego stanu rzeczy. Kupi taki jeden z drugim rozmrożoną godzinę temu, chemiczną bułę, orkiszowo-sojowe mokkaccinno na kostkach lodu, zapłaci za to 40 złotych i wszystko się zgadza.

Oczywiście możesz obsługiwać takich centusiów odpalając wszelakie zasoby Twojego customer service, umiejętności interpersonalnych, erudycji oraz kindersztuby. Bardziej prawdopodobne, od tego że Twój profesjonalizm zostanie zauważony i wynagrodzony, jest to, że Akademia Pana Kleksa istnieje naprawdę. Kutwa będzie konsekwentnie czekać na złoty czterdzieści reszty, w międzyczasie dalej miętosząc ze znajomymi temat zdzierania i skandalicznych cen, jakich dopuszcza się Twój lokal. A za tydzień i tak przyjdzie ponownie.

Proponowana pokuta: anulować subskrybcje wszelakich finansowych Nindżów, odnaleźć znaczenie pojęć takich jak: jakość czy foodcost, zwyczajnie zrelaksować się w wannie.

7. Mecenasi Dziecięcego Piekła

Wrzeszczące ile sił w maleńkich oskrzelkach, biegające pod nogami i ryzykujące chlust gorącą Kenią z dripa na twarz, rozrzucające w promieniu kwadratowych kilometrów zabawki, wchodzące za bar, błagające sto razy o lizaka, urządzające regularne bitwy, wymiotujące na stoliki, wreszcie płaczące wniebogłosy, bo ta Kenia jednak wylądowała na delikatnej skórce. Małe, przeładowane energią dzieci, delikatnie mówiąc. Tylko, że bardzo często popełniamy ten sam błąd. Mamy ochotę zrobić coś okrutnego tym dzieciom, a nie ich rodzicom.

Tak, właśnie. Odpowiedzialność leży po stronie rodzica. Jeśli twoje dziecko ma „ADHD”, jest nazbyt pobudzone, ciągle wrzeszczy i płacze, jest rozpieszczone i nieustępliwe, stosuje szantaż, (…) , a Ty po prostu nie masz autorytetu i nie umiesz w żaden sposób nad nim zapanować, lub co gorsza –w ogóle nie zauważasz problemu, to opcje są dwie, z czego jedna brutalna.

źródło: Adobe Stock

Albo to zmień i odzyskaj nad swoim dzieckiem kontrolę, albo nie zabieraj go do kawiarni. Proszę o wybaczenie, to okrutne, wiem. Ale jaka, kurczę, konstytucja daje Ci prawo do fundowania wszystkim pozostałym gościom kawiarni piekła? To po prostu egoizm w czystej postaci.

Jeżeli twoja pociecha zamienia powoli kawiarnię w ruinę, a barista kulturalnie zwraca Ci uwagę z prośbą o zatrzymanie tej karuzeli destrukcji, błagam, nie obruszaj się i nie mów niczego w rodzaju: „No wie pan co, to przecież tylko dziecko! Musi się wybiegać.” lub „Ale co ja niby mam z nim zrobić, nie widzi pani że jest pełen energii?”. Do kawiarni przychodzą również ludzie, którzy chcą się zrelaksować. Podelektować w spokoju kawą, porozmawiać z dawno niewidzianą przyjaciółką. Albo popracować. I Ty musisz to uszanować. Kropka.

Kolejną rzeczą, która sprawia, że bariści nieraz mają ochotę rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać na zbiory do Panamy, jest zostawianie armagedonu po wizycie z dzieciakiem. Bo przecież obsługa jest od sprzątania. Za to im płacą, nieprawdaż?

Sebuś budował wieże z klocków, a potem postanowił uwzględnić w scenariuszu zabawy atak na Pearl Harbor? W międzyczasie jadł owsiankę, której połowa nie zdążyła dotrzeć do buźki? Obok tej owsiankowej plamy walają się plastikowe tubki po papce owocowej dla dzieci do lat czterech? Czy warto na koniec jeszcze zostawić brudną, nie do końca złożoną pieluchę na krześle? [autentyk] Tak, warto! Doświadczenie musi być kompletne!

Nie, tak naprawdę nie warto. A wręcz nie należy. A nawet błagam, tylko nie to. Szanujmy się nawzajem i wszystko będzie dobrze, wszyscy będą radośni, wszyscy będą się nawzajem kochać!

Proponowana pokuta: kurs empatii, rozmowa zamiast bajek na tablecie, pomoc specjalisty.

Piotr Jeżewski
Wpis przygotowany przez

Piotr Jeżewski